Prima aprilis

     Urodziłam się pierwszego kwietnia. Pomyłka? Dowcip? Coś w tym jest. Często tak właśnie o sobie myślę. Nie biorąc siebie samej zbyt poważnie. Wszystkie moje dziecięce wybryki kwitowano krótko: „ona jest primaaprilisowa”. Mam dożywotnie usprawiedliwienie każdego kłamstewka…
     Moja córka miała się urodzić w pierwszych dniach kwietnia. Nie byłabym sobą, gdybym nie postarała się, żeby był to naprawdę pierwszy dzień. Obgadałam sprawę z doktorkiem, wyłożyłam racjonalne argumenty: „chcę i już” i w prima aprilis leżałam na stole operacyjnym. Śmiesznie było od pierwszych sekund. Mój doktorek zadzwonił wczesnym rankiem oznajmiając, że jednak nie rozwiąże tej ciąży, bo i po co. Latem będą nowocześniejsze łóżka w klinice… Potem było coraz fajniej… Asystent doktora pytający, jaki płyn dezynfekujący wybieram, pomarańczowy, pomarańczowy czy może raczej pomarańczowy? Anestezjolog proponujący dodatkowy „strzał” znieczulacza w prezencie urodzinowym. Położnik udający, że zgubił rękawiczki we mnie. Ja pod wpływem prochów ubawiona do łez. Zagroziłam, że jak znajdą chłopaka, to mają szukać dalej. Miała być dziewucha i koniec. Dwa syny czekały w domu. Wreszcie usłyszałam kwik maleńkiego człowieka i doktora wykrzykującego: Joaśka, nie wiem, co robić, to nie dziewczynka, to kobieta!! Moja nowiutka córeczka była olbrzymem. Pięknym, rudym cudem z moich snów. No, może w snach nie była taka tłusta i kwadratowa… Moja!!

Rodzina bała się wystartować
z główną atrakcją dnia,
czyli wymarzoną lalą.
Wymarzoną… phi… też coś.
Wymarzona to ona była.
Tydzień wcześniej.

     Cztery lata później owa ruda panna obudziła się 1 kwietnia bladym świtem i wiedziałam, że to nie będzie szczęśliwy dzień. Że mogę zapomnieć o celebrowaniu urodzin mamy i córki. Miś nie leżał na tej podusi, co trzeba, kołderka była zawinięta w złą stronę, słońce świeciło zbyt jaskrawo. Podłoga w łazience była za zimna, woda w kranie za głośna, pasta do zębów obrzydliwie słodka. Nie było kolejki spieszących z powinszowaniami. Domownicy się nie zorganizowali. Wspólny prezencik? Fuj! Po południu będą kolejne? Za późno! Po powrocie z przedszkola nie było lepiej. Śmiało mogę rzec, że sytuacja nabrzmiewała. Koledzy wyżarli wszystkie cukierki , które dla nich właśnie, razem nabyłyśmy dzień wcześniej drogą zakupu. „Łaurki” były „ksiwe i bzitkie”, pani Jola głupia. Rodzina bała się wystartować z główną atrakcją dnia, czyli wymarzoną lalą. Wymarzoną… phi… też coś. Wymarzona to ona była. Tydzień wcześniej. 1 kwietnia lala była obrzydliwa i kto by taką chciał! Najukochańsza babcia usłyszała, że ma nie wychodzić z kuchni, bracia mają zamknąć się u siebie. Powoli nerw mojej córki zaczynał wpływać niepokojąco na mój nerw. O nie! – pomyślałam. – Przez tego rudego potwora nikt nie zauważył, że JA też dziś świętuję! Nie dostałam lali, łaurek. Jakieś nędzne buzi…

[smartads]
     Jakoś przetrwaliśmy do wieczora. Dziecko lekko oklapło w swym niezadowoleniu, łaskawie pobawiło się przez chwilę lalą. Ja zebrałam życzenia i podarunki. Było dobrze. Było…
     Przed zaśnięciem Rudej, codziennie uczestniczymy w ogólnopolskiej akcji „Cała Polska czyta dzieciom”. U nas króluje Plastuś i Puchatek. Tego wieczora padło na „Prosiaczka i przyjaciół” (po raz milion pięćset sto dziewięćsetny). I stało się.
– Mamo, co to jest „ba!”?
Zatkało mnie. Nie umiałam Jej tego wyjaśnić. Jak tylko podawałam jakiś zamiennik, ona torpedowała:
– To dlaczego tak nie napisali, tylko napisali „ba!”??


     W końcu orzekła, że mama czytać nie umie, literek nie zna, podpisać na pewno też się nie umie, w odróżnieniu od niej – Oli i w ogóle jest do bani. Ma sobie ta mama także znaleźć swoje urodziny, bo TE są jej. Kiedy wdeptała mnie już w ziemię, kazała zgasić światło, majtnęła się na boczek i wystękała z rozmarzeniem:
– Pogziebieś mi w uszku?

ja_gasia

Dodaj komentarz