Endometrioza po mojemu

Jak to było u mnie?
     Należałam do zaszczytnej grupy chorych, u których endometrioza przebiegała bezobjawowo. Nie miałam absolutnie żadnych objawów, mogących świadczyć o tym, że mam w sobie to coś. Dowiedziałam się całkiem przypadkiem. Mianowicie w sierpniu 2010r. przeszłam zabieg laparoskopowego usunięcia mięśniaka macicy (kolejna miła dolegliwość, ale to temat na inny artykuł). Po przebudzeniu po operacji lekarz przywitał mnie wiadomością, że owszem – mięśniak został usunięty, wszystko poszło dobrze, ale wykryto endometriozę. No i bach! Pozbyłam się jednego problemu, a ujawnił się kolejny. Wówczas jeszcze nic nie wiedziałam o tej chorobie, ale od czego jest dr Google. Laptopik z netem czekał na moim łóżku szpitalnym, gotowy do odpalenia. Czytając kolejne artykuły o tej chorobie, zagłębiając się w fora tematyczne i zapoznając się z historiami dziewczyn w podobnej sytuacji jak moja, delikatnie mówiąc, zrzedła mi mina. Ale nic tam! Był problem, to trzeba go było pokonać. Nie takie skały przed nami stały!


     Terapia, którą zaordynował mi mój lekarz, polegała na przyjęciu serii 6 dawek leku o wdzięcznej nazwie Zoladex, w odstępach 28-dniowych. W jego ocenie, to obecnie najskuteczniejszy lek w walce z endometriozą. Nie wdając się w medyczne szczegóły, zadaniem tego leku jest wprowadzenie organizmu w stan sztucznej menopauzy, a tym samym wyciszenie choroby. Na te sześć miesięcy zanika oczywiście miesiączka. Lek ma postać stałą, jest to implant przypominający ziarnko ryżu, wprowadzany podskórnie w brzuch, za pomocą gotowej ampułkostrzykawki. W związku ze stałą postacią leku i jego wielkością, igła miała grubość niemal słomki do napojów. Na tym tle ujawnił się pewien problem, ale o tym później. Zalecając kurację, ginekolog uprzedził mnie o jej prawdopodobnych skutkach ubocznych, takich jak uderzenia gorąca, zmiany nastroju, bezsenność, depresja. Ot, typowa menopauza. Czego się jednak nie robi dla dobra sprawy. Lekarz doradził mi również, abym znalazła do podawania zastrzyków jakąś doświadczoną pielęgniarkę, bo nie jest to łatwe dla osoby, która nie miała do czynienia z Zoladexem.

[smartads]
     Zaopatrzona w świeżo wykupiony lek i lżejsza o 340 zł (tyle bowiem kosztuje jeden zastrzyk) w ściśle wyznaczonym przez ginekologa dniu ruszyłam do szpitala na Izbę Przyjęć, celem przyjęcia zastrzyku. Bo gdzież znajdę bardziej fachową pomoc medyczną niż w szpitalu? Już na wstępie spotkało mnie rozczarowanie, bowiem pełniąca dyżur pani doktor, widząc z czym przyszłam, zrobiła mi półgodzinny wykład na temat niecelowości tej terapii w leczeniu endometriozy, nieodwracalnych skutków ubocznych z trwałą bezpłodnością włącznie i braku fachowości mojego lekarza. Oczywiście odbyło się to na oczach całej niemal poczekalni. Tylko czy ktoś ją pytał o zdanie? Mimo strachu, który we mnie zasiała, uparłam się, że owszem – jestem pewna, że chcę przyjąć zastrzyk. Wykonała mi go młoda pielęgniarka z pewnym niedowierzaniem, że nie posłuchałam pani doktor i nie wycofałam się. Widać było, że pierwszy raz ma w ręku taki mechanizm, jednak nawet okiem nie rzuciła na instrukcję obsługi ampułkostrzykawki, która notabene miała postać obrazkową i średnio rozgarnięty szympans by ją zrozumiał.

Dodaj komentarz