Syndrom Kalego

     Ostatnio zauważyłam wśród ludzi pewne niepokojące objawy „syndromu Kalego”. Kto czytał „W pustyni i w puszczy”, ten wie, o który syndrom mi chodzi. Zazwyczaj idzie on w parze z ogromną wadą wzroku – krótkowzrocznością. Dotknięci syndromem Kalego nie są w stanie patrzeć dalej, niż na czubek własnego nosa. Punkt widzenia zmienia się u nich w zależności od punktu siedzenia.
     Idę z Zołzą na plac zabaw. Dzieci, jak to dzieci, biegają, szaleją, grzebią niczym kury w piachu. Czasem ten piach służy też jako amunicja. I w takich sytuacjach szybko można namierzyć zarażoną syndromem jednostkę. Jednostką jest zazwyczaj mamusia, która ignorując naganne zachowania swojego malca (niech się dziecko uczy przetrwania w grupie), jednocześnie staje niczym lwica do walki, kiedy to inne dziecko uczy się owego życia w grupie na jej dziecku. Wtedy dziecko z zaradnego malca staje się ofiarą brutalnej napaści. Matka rozpaczliwym głosem zawodzi nad malcem, strząsającym z siebie garść piachu otrzymaną od kolegi, któremu to sam przed chwilą sypnął w oczy podobną, ale na to mamusia już nie zareagowała. Malec zawodzi rozpaczliwym głosem pod matką, bo przecież taka niesprawiedliwość go spotkała. W końcu to on ma piachem sypać, a nie być posypywanym.

Parkowane na chodnikach
samochody, w taki sposób,
że nie da rady przejść
z dzieckiem. Psiarze
srający psami na chodnikach,
oburzający się jednocześnie
na fukające matki z dziećmi.

     Idę z Gamoniem na spacer. Puszczam futro na polach, niech pobiega. W pewnej chwili widzę dość sporego psa zmierzającego w naszym kierunku. Wołam Gamonia, zapinam na smycz. Pies podbiega, zaczyna się robić nieprzyjemnie. Staram się spacyfikować swojego, jednocześnie próbując być stale między jednym a drugim. Pojawia się wreszcie właściciel i zaczyna wrzeszczeć na psa (z mizernym efektem), a następnie na mnie, bo mój pies śmiał biegać bez smyczy. Ano śmiał, podobnie jak jego, z tą różnicą, że efekt końcowy zgoła różny. Ponieważ nie znoszę takich sytuacji, ponieważ często chodzę na spacery i z psem i z dzieckiem, zaś kotłujące się psy, a między nimi Zołza, to nie jest coś, co chciałabym kiedykolwiek zobaczyć, dobitnie informuję pana, że pies może biegać luzem, pod warunkiem, że jest odwoływalny, a jego najwyraźniej nie jest. Na co pan, że jego może, ale mój nie, a to dlatego, że jego jest mniejszy od mojego. Poza tym jego nie gryzie, a mój to jak wilk i wszyscy wiedzą, że te psy zagryzają wszystko co się rusza. No tak… cud, że jeszcze rodzina w komplecie.


     Jedziemy z Zołzą na łyżwy. Ponieważ samochodem jeżdżę od niedawna, różne dziwne historie mi się przytrafiają. Czasem uda mi się jeszcze przy ruszaniu zadusić silnik. Dziewięć na dziesięć takich przypadków kończy się atakiem dźwiękowym i słownym ze strony innych kierowców. „Jedźże babo”, to jedno z milszych określeń jakie słyszałam. Może się nie znam i trąbienie takie zachęca silnik do samoodpalenia? Może ci kierowcy uważają, że pokrzykiwania i trąbienie to jakiś doping sprawiający, że ruszę z miejsca niczym Hołowczyc? Być może taki kierowca sam na siebie trąbi, kiedy to jemu samochód nagle zdechnie? Kto wie… Chociaż w sumie, ja wiem, że na pewno nie. Wtedy każdy będzie temu winny, tylko nie on.
     Przysłuchuję się rozmowie w supermarkecie. Jeden pan drugiemu panu opowiada, jakim to się sprytem i obrotnością wykazał, bo sprzedał jakiemuś frajerowi uszkodzony aparat jako nowy. Ubaw mają przy tym po pachy i jeden i drugi, bo przecież frajer to frajer. Po chwili zaczyna się kolejny temat, tym razem o tym, jak to drugiego pana oszukano w warsztacie samochodowym. I tu następuje święte oburzenie – no bo jak śmiano?! Jak tak można? To skandal i chamstwo niesłychane!

[smartads]
     Takie przykłady można mnożyć. Parkowane na chodnikach samochody, w taki sposób, że nie da rady przejść z dzieckiem. Psiarze srający psami na chodnikach, oburzający się jednocześnie na fukające matki z dziećmi. Mamusie spacerujące z wózkami całą szerokością chodnika. Rozwrzeszczane dzieci, które przeszkadzają wszystkim, tylko nie rodzicom, bo przecież to tylko dzieci i gdzieś muszą się wykrzyczeć, a najlepiej pod oknem sąsiada, a nie swoim, bo tatuś ogląda teraz wiadomości.
     Na syndrom Kalego jest jedno lekarstwo. Należy wyjść z siebie. Wyjść ot tak, po prostu. Wyjść i popatrzeć z boku. Zmiana perspektywy czyni cuda.

Anna
Rysuje: MKK

Dodaj komentarz